Wigilijny stół przodków

W historii każdej rodziny są chwile, które powracają niezależnie od zmieniających się granic, ustrojów i adresów. Niemal w każdym rodzie takim momentem było Boże Narodzenie. Przez ponad dwa stulecia Wigilia towarzyszyła kolejnym pokoleniom – najpierw w Dzierążni, potem w Iżykowicach, Niewiatrowicach, Czeladzi i wreszcie w Warszawie. Zmieniały się domy, potrawy i realia życia, lecz sens świąt pozostawał zaskakująco trwały.

Najstarsze święta, które można dziś jedynie odtworzyć z fragmentów historii, przypadają na czasy Bartłomieja Popka i jego żony Katarzyny. Żyli w Dzierążni w świecie, w którym rok wyznaczała praca na roli, a zima była okresem próby. Wigilia w ich domu nie miała daty zapisanej w kalendarzu, lecz była oczywista – następowała po zakończeniu jesiennych prac, gdy zapasy zostały już złożone w komorze. Na stole pojawiała się kasza, kapusta, chleb i to, co udało się zachować z lasu lub sadu. W kącie izby stał snop zboża, a cisza wigilijnego wieczoru miała znaczenie niemal święte. Był to moment, w którym świat na chwilę przestawał się domagać wysiłku.

Gdy dorastały kolejne pokolenia, a Bartłomieja i Katarzynę zastąpili ich następcy, w tym Krzysztof i jego żona Barbara, święta wciąż odbywały się w tej samej przestrzeni – w Dzierążni. XVIII wiek przyniósł polityczne wstrząsy i rozbiory, lecz na wsi odczuwano je pośrednio. Dla Krzysztofa ważniejsze było, by Wigilia pozostała dniem postu i skupienia. Na stole pojawiały się już bardziej symboliczne potrawy: mak, suszone owoce, grzyby. Jedzenie nie miało nasycić, lecz przypominać, że ten jeden wieczór różni się od wszystkich innych.

Syn Krzysztofa, Piotr, i jego żona Marianna z domu Marzec przeżyli święta w czasach szczególnie trudnych, na styku dawnej Rzeczypospolitej i nowej, niepewnej rzeczywistości. W ich domu Boże Narodzenie było momentem, w którym polityka znikała za drzwiami izby. Wigilia stawała się coraz bardziej rodzinna. Wciąż była skromna, ale pełna znaczeń. Wspólne jedzenie, modlitwa i kolędy dawały poczucie ciągłości w świecie, który szybko się zmieniał.

W XIX wieku, gdy dorosły Jan – syn Piotra – założył rodzinę z Marianną Kaczmarczyk, święta w Dzierążni zaczęły nabierać nowej formy. Pojawiły się choinki, początkowo proste, przybrane tym, co było pod ręką: jabłkami, orzechami, papierowymi ozdobami. Opłatek stał się stałym elementem Wigilii, a kolędy rozbrzmiewały już nie tylko w kościele, ale i w domach. Ich córka Helena zapamiętała Boże Narodzenie jako czas ciszy i skupienia, nawet wtedy, gdy przyszło jej wychowywać syna Cypriana samotnie. W jej domu Wigilia była może jeszcze skromniejsza, ale nigdy mniej ważna.

Dopiero Cyprian, syn Heleny, przeniósł święta poza Dzierążnię. Po ślubie z Franciszką Jurkowską w 1861 roku zamieszkał w Iżykowicach. Po raz pierwszy w historii rodu Popek Boże Narodzenie obchodzono w innym miejscu niż wieś przodków. Zmienił się krajobraz, zmienili się sąsiedzi, lecz wigilijny wieczór wciąż wyglądał znajomo. Coraz większą rolę zaczęły odgrywać ziemniaki – tanie, sycące, niezawodne. To z nich powstawały potrawy, które pozwalały przetrwać zimę i nakarmić rodzinę.

Syn Cypriana, Piotr, wraz z żoną Agnieszką Pawęzowską, przeniósł święta najpierw w Iżykowicach, a potem – od 1937 roku – w Niewiatrowicach. Był to już świat, w którym Wigilia miała ustalony porządek: choinka, opłatek, postne potrawy. A może jedną z nich był zimiocorz – ciężka, ziemniaczana zapiekanka znana na Kielecczyźnie. Prosta, bez przypraw i ozdób, była symbolem kuchni, która miała przede wszystkim dawać siłę do życia.

Kolejne pokolenie – Mikołaj i jego żona Olga – przeżyło Boże Narodzenie w cieniu wojny i powojennej biedy. Do 1947 roku święta w Niewiatrowicach były ciche i oszczędne. Po przeprowadzce do Czeladzi zmieniła się sceneria. Pojawiło się światło elektryczne, radio, kupne produkty. Tradycja zaczęła przyjmować nowe formy, ale wciąż opierała się na tych samych gestach: wspólnym stole, opłatku i kolędach.

Ostatecznie Boże Narodzenie dotarło do Warszawy wraz z Janem i jego żoną Teresą. Po ślubie w 1965 roku święta przeniosły się do miejskiego mieszkania, w którym dorastało dwóch synów. Były prezenty, karp i bombki, ale sens Wigilii pozostał niezmienny. Choć dzieliły ją całe epoki od izby Bartłomieja i Katarzyny w Dzierążni, nadal była chwilą wytchnienia i bycia razem.

Kiedy dziś próbuję odtworzyć smak dawnych świąt, wracam do potraw takich jak zimiocorz. Nie po to, by wiernie odtworzyć przepis, lecz by dotknąć świata przodków. Boże Narodzenie w rodzinie Popek nigdy nie było świętem przepychu. Było świętem ciągłości – tej samej, która pozwoliła mu wędrować przez miejsca, pokolenia i czas.

2 komentarze

comments user
Mikser_2137

Bardzo ciekawy artykuł

comments user
Zdzisio

Fajna strona

Opublikuj komentarz