Pokolenie straconych wspomnień. Co po nas zostanie?
Ostatnio miałem okazję być w Skansenie Wsi Pogórzańskiej im. prof. Romana Reinfussa. To jedno z tych miejsc, które nie krzyczy historią, ale mówi ją cicho i konsekwentnie. Drewniane chałupy, stodoły, kuźnia, izby urządzone tak, jakby ich mieszkańcy wyszli tylko na chwilę. Garnki stoją tam tak, jakby ktoś miał zaraz wrócić i postawić je na ogniu. Sierpy leżą tam, gdzie odkładano je po pracy. Różańce wiszą na ścianach – nie jako muzealne eksponaty, lecz jako ślady codziennego życia.
I właśnie tam wróciło do mnie pytanie, które w genealogii pojawia się prędzej czy później: co po nas zostanie?
Skanseny są pełne przedmiotów, które przetrwały całe pokolenia. Często były używane przez dziesiątki lat, naprawiane, przekazywane z rąk do rąk. Garnka nie wymieniało się tylko dlatego, że pojawił się nowy model. Sierp był ostrzony, a nie zastępowany kolejnym. Różaniec z czasem stawał się gładszy od palców, nosząc na sobie ślady modlitw i przyzwyczajeń. Te rzeczy miały czas, by stać się nośnikami pamięci.
Dzięki nim dziś potrafimy powiedzieć coś więcej o naszych przodkach niż tylko to, że się urodzili i zmarli. Nawet jeśli nie znamy ich myśli, znamy ich świat. Jest namacalny. Można do niego wejść, dotknąć go, poczuć zapach drewna, ziemi i dymu. Historia nie jest tu abstrakcją – ma ciężar i fakturę.
A potem wychodzi się ze skansenu i wraca do własnej rzeczywistości. Do świata, w którym przedmioty mają krótkie życie. Komputery, telefony, nośniki danych – wszystko projektowane jest z myślą o wymianie, nie o trwaniu. Rzadko coś naprawiamy, częściej zastępujemy nowym. Nasze rzeczy nie zdążą się zestarzeć razem z nami, nie mówiąc już o tym, by przejść do następnego pokolenia.
Paradoks polega na tym, że nigdy wcześniej nie zostawialiśmy po sobie tylu śladów. Robimy tysiące zdjęć, zapisujemy rozmowy, filmy, notatki. Dokumentujemy codzienność z dokładnością, o której nasi przodkowie nie mogli marzyć. Teoretycznie przyszłe pokolenia mogłyby wiedzieć o nas więcej niż o kimkolwiek wcześniej.
Problem w tym, że te ślady są ulotne. Zależne od prądu, formatu pliku, hasła do konta, serwera, który może przestać istnieć. Zdjęcia naszych pradziadków – choć nieliczne – przetrwały sto lat, bo były materialne. Można je wziąć do ręki, odwrócić, przeczytać kilka słów zapisanych na odwrocie. Nasze fotografie często istnieją tylko jako zapis w pamięci urządzenia, które za kilka lat stanie się bezużyteczne.
Spacerując między chałupami w skansenie, widać jeszcze jedną rzecz: przedmioty dawnych ludzi były konsekwencją ich życia, a nie jego dodatkiem. Garnki, narzędzia, meble – wszystko miało swoje miejsce i funkcję. Dziś wiele naszych rzeczy jest tymczasowych, przypadkowych, podporządkowanych wygodzie i zmianie. Trudno wyobrazić sobie muzeum, w którym ktoś próbuje zrozumieć nasze życie na podstawie martwego ekranu telefonu czy komputera.
Czasem zastanawiam się, jak będą wyglądały muzea i skanseny poświęcone naszemu pokoleniu za sto lat. Czy ktoś spróbuje odtworzyć nasze mieszkania, biurka, codzienność? Być może zobaczymy w nich plastikowe krzesło, biurko z płyty, nieczynny laptop i telefon, którego nikt nie potrafi już uruchomić. Być może obok pojawi się tabliczka informująca, że „w tym urządzeniu przechowywano tysiące zdjęć”, choć żadne z nich się nie zachowało. Nasza codzienność zapisana jest bowiem nie w rzeczach, lecz w danych – a dane, pozbawione nośnika i kontekstu, milkną szybciej niż drewno i glina.
Genealogia uczy pokory wobec czasu. Pokazuje, że o dawnych ludziach wiemy niewiele – czasem tylko daty i kilka przedmiotów. A jednak z tych okruchów potrafimy zbudować opowieść. Pytanie brzmi: czy ktoś będzie w stanie zrobić to samo z naszym pokoleniem?
Być może jesteśmy pierwszym pokoleniem, które zostawi po sobie tak niewiele trwałych śladów. Pokoleniem straconych wspomnień nie dlatego, że nie miało historii, ale dlatego, że pozwoliło jej rozpłynąć się w urządzeniach, formatach i chmurach danych.
A może jeszcze nie wszystko stracone. Może warto czasem wydrukować zdjęcie i je opisać. Zachować list. Zostawić kilka przedmiotów, które nie znikną wraz z aktualizacją systemu czy zamknięciem serwisu. Nie po to, by trafić do muzeum albo skansenu, ale po to, by ktoś za sto lat mógł powiedzieć jedno proste zdanie: wiemy, że byli.



Jeden komentarz